na autostradzie psi człeku

nosisz w sobie zapach smoły
gdy na białej lasce słońce cię niesie
jak pieczęć i płowe przelatują tuż nad tobą 
wróbelki Niby chwile od w Hioba myśli

rzeka Obok – za wodą koń
i pies do chmury wystawia język
z pyska uchodzą głodem zęby i
znów poniesie ślinę wzdłuż drogi
za las który ciągle zamknięty
jak TY choć jeszcze jesteś
otwarty w sierści gwiazd twój
kosmos trawą upchana niecka
i jakby wszystka krew spłynęła
ci do myśli i mowa nie ten czyn
choć język czerwony jak krawat
i choć rozsławiasz się na swoich
cyrklowych nogach rozwarty 
senną porą biesu – Gdzieś
byłeś z auta wyrzucony w rów
teraz węszysz za życiem tamtym
co pomknęło na kołach daleko
odstukujesz kijkiem ogona krocze
kierunku szukając drogowskazu
wiatru podartym grzbietem
jak rękawem dotykasz i nic
ością na łbie – aż przypieczętuje
cię czas prędkością motoru
nieznany szalony
– – – –

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *