sen wiersza

Jest 4.30 i jest miejsce
takie w galaktyce noc
rozświetlona jak dwa cienie
cicho nad nami lamentują
jeszcze trwamy w mrokach
wszechświata tylko punkty
wykreślone przez Boga na
naszych ciałach plątają się
miotają poręczami rąk
szybkich jak aligatory

piaskami znad Nilu nadchodzę
tyle lat szukałem Nirwany
tysiącami dni i nocy czekałem 
po omacku przyszłaś – A 
żebyś była muszę cię nie znać
z zamkniętych oczu na brwi 
uchodzisz w gorączkę Afryki
– Jeszcze całujesz rysę ust 
i spalają się na brzegu płatki róż
w ranie twej bije fala do okna
każdy płatek z osobna całuję
i popiół słodki gęstnieje
pomiędzy naszymi cieniami 
jakby wygłodzone dziecko
za ścianą jak szczenię
zawodzi po twoim oddechu 
szlochasz że czas odejść 
wyprzedzić – ale i on
kiedyś jak pies
z oczami anioła
dopadnie cię
wyliże stopy i
zimny nos wtuli
pomiędzy łydki

Dodaj komentarz