DOMINIK - portret wykonany przez Zbigniewa Kresowatego

DOMINIK I JEGO ETERYCZNE ROZBŁYSKI

Jeżeli dziś już ustalimy autonomicznie co to jest Sztuka pisana z dużej litery, na pewno nasunie się nam skojarzenie, że jest ona przede wszystkim szczególną formą alienacji człowieka. Alienacja ta na pewno tkwi w samych podstawach, jako antycznej podskórnej wyobraźni i wiedzy zarówno twórcy jak i odbiorcy, inaczej przebiega to u artysty jako twórcy, a inaczej u odbiorcy… Zatrzymanie procesu twórczego, na jednym z jego wybranych elementów, oznacza ucieczkę nie tyko przed samą twórczością, lecz przede wszystkim poznawczo przed samym człowieczeństwem. Jak się dowiadujemy w wypowiedzi, prawie od każdego, artysty: moja sztuka jest we mnie, trwa jedynie proces wyświetlenia wyobraźni, etc., zatem widzimy rzeczy różne wydobyte na światło dzienne, zauważamy inność i oryginalność w obrazach, szkle, czy także w literackich dziełach, etc. Wszystko przynależne jest danej osobowości danego historycznego czasu i miejsca. Jest tak, że choćby dzieło nie było podpisane,  doskonale przypisujemy je właściwemu artyście, bo samo dzieło jest podpisem (jak np. obrazy i ikony prof. Jerzego Nowosielskiego). Otóż zamiast humanistycznej wizji redukcji przypisane dzieła były zawsze do człowieka, gdy tylko przyświecała mu jakaś ambitna idea, przyczynek do poruszenia jego medium, przy rekonstruowaniu ontologicznych przesłanek ku całej twórczości, mamy wtedy do czynienia z wytwarzaniem, za którym stoi ich wytwórca „rzemieślnik”? – może on się jakby bezpiecznie ukryć jako bardzo „wyjątkowy” człowiek(?). Zamiast ideału tworzenia angażującego organicznie całą osobowość twórczą, jako jednostki uzbrojonej w odrębną technikę, jednak zauważamy GO, gdy tylko zaintryguje… W takim przypadku i w takim rozumieniu jest tylko uchwytne jego działanie, jakoby produkt jedynej osobowej alienacji całego procesu twórczego. Tym samym wyznaczony zostaje zawsze tradycyjny paradygmat estetyki, ukonstytuowany na rozdzieleniu sztuki od tego co sztuką nie jest. Natomiast pytanie o możliwość naprawy i zmiany świata dzięki działaniom artystycznym jest w tym układzie pojęć i rozważań problemem czysto abstrakcyjnym. Ponieważ sztuka tkwi zawsze ponad światem, a w nim samym szczątkowo. Każdy twórca zauważony jest jakby ponad twardą regułą istnienia świata, nawet ponad kosmosem… ponad jego procesem natury, co przecież wciąż wiecznie istnieje…

             Natomiast, kiedy spoglądam na prace Tadeusza Dominika wybitnego artysty malarza i twórcy – azaistniał On w latach 1946-51, studiował malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, dyplom uzyskał w 1953 w pracowni prof. Jana Cybisa. W 1951 roku rozpoczął pracę pedagogiczną na stołecznej uczelni i przeszedł przez wszystkie stopnie kariery akademickiej, od asystenta do profesora zwyczajnego (1988). Dwukrotnie był dziekanem Wydziału Malarstwa warszawskiej ASP. Natomiast w 1990 roku odszedł na emeryturę, pozostając ekspertem… Jest laureatem m.in. Nagrody im. Jana Cybisa (1973) i Stypendystą Ford Foundation (1962). Oczywiście, jak wiemy istniała już wówczas Awangarda, która pozwoliła na dogłębne odkrycia innych i tego współczesnego twórcy, który poczuł wielką potrzebę własnej kreacji i snucia autonomicznej myśli, otwarcia wnętrza… Obrazy z tamtego okresu zbliżone były do malarstwa informel, artysta założył pozostanie w kręgu fascynacji kolorem i naturą (np. Czerwony Ogród, Kompozycje, 1957-59). Dominik szybko wypracował własny, niepowtarzalny w malarstwie, styl któremu pozostawał wierny latami, konsekwentnie doskonaląc język artystycznej metafizycznej wypowiedzi… Był to okres, a może nawet moda(?), pewnej absolutnej wolności twórczej, notabene po objawieniu się K. Kobro, czy chociażby Strzemińskiego. Dominik od swojego profesora, Jana Cybisa, przejął zasadę, że obraz nie może kopiować natury jak fotografia. Od początku operował światłocieniem nadającym pracom tzw. malarskość. Na przykład na Biennale Sztuki w Wenecji w 1956 roku Dominik, uprawiający także inne profesje artystyczne jak: drzeworytnictwo, czy ceramika, zaprezentował cykl drzeworytów pt. Macierzyństwo. Natomiast pod koniec lat 50. w Jego twórczości nastąpił powrót do malarstwa, które stało się podstawową formą wypowiedzi artysty. Po początkowej fazie malowania figuratywnego (Macierzyństwo, 1955, prezentowane na wystawie w “Arsenale”) zaobserwować można było charakterystyczne cechy formalne Jego malarstwa: okrągłe lub owalne punkty i plamy o dość nieregularnych kształtach, niejednokrotnie stanowiące ślad po uderzeniu pędzlem. Tak później już konsekwentnie objawia nam, jak widać wzrokowo, powierzchnia płócien artysty jest wyraźnie rozedrgana, nawet rezonująca dźwiękiem(?), czasem wirująca, wybijają się z niej kreacje  pojedyncze, rozświetlone plamy świateł z domieszką eteryki… Tło bywa nawet czarne czasem białe, albo w kolorze naturalnego płótna. Malarstwo Dominika staje się ekspresyjne, bardzo spontaniczne w latach 70. Artysta wciąż do końca poszukiwał własnego doskonalszego środka wyrazu, nie odrywając się od cech natury. Obrazy z tamtego okresu wciąż pozostają w kręgu fascynacji na przemiennie kolorem i naturą (np. Czerwony Ogród, Kompozycje, 1957-59). 

        Artysta kiedyś wyznawał: “…moje malarstwo jest w całości efektem otwarcia na naturę, jest inspirowane naturą. Nie ilustruję natury, ale swoimi obrazami otwieram drogę widzowi do jej własnego przeżywania…”

– Natomiast wybitny poeta Zbigniew Herbert, którego zawsze interesowało nie tylko współczesne malarstwo,rysunek i rzeźba, mówił o Tadeuszu Dominiku tak: „… to ogniste słoneczne koła, kwiaty, patyki w płocie, dzbany, bochny chleba, trawa” – jak wiadomoszeroko zawsze rozprawiał o Jego obrazach Zauważał w nich zawsze duże połacie poezji.

       Oczywistym jest, że w malarstwie tym są liczne plamy ostre barwne smugi, i na płótnach kojarzą się z: drogami, płynącymi strumieniami, kolorowymi ogrodami, rozłożonymi drzewami… są wszystkim tym co uosabia i ubarwia świat żywy. Trzeba też stwierdzić i powtórzyć chórem krytyki, że styl Tadeusza Dominika pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych i oryginalnych zjawisk w polskim malarstwie współczesnym. Jego malarstwo łączy w sobie tradycje polskiego koloryzmu z abstrakcją stricte liryczną. Te obrazy to liryki a czasem nawet nostalgie i nokturny… Dominika inspirowała przeważnie przyroda, jej zapach i dźwięk, na płótnach powstają przebłyski, wyrysy świetlne wyobraźni, jakiś fascynujący słoneczny kosmos? – Tadeusz Dominik nie odmalowywał widocznych okiem krain natury, nie posługuje się wyświetleniami natury widzianymi naocznie. On jest świadkiem poza ocznym metafizycznym, ale i „naocznym”, podatnym czysto jedynie osobowej transformacji, nie z bezpośredniego kontaktu z otoczeniem naturą, raczej z elementami mocno zapamiętanymi…

     Ale można nazwać to działanie pewnym dystansem(?) – Natomiast pojęcie dystansu jest także pewną formą działania świadomości zweryfikowanej. Kategoria ta nie jest wyłącznie specyficzną cechą Sztuki. W gruncie rzeczy obecna jest wszędzie tam, gdzie człowiek, jakkolwiek działa, to jednak nie utożsamia się w pełni z obrazem, traktując go jednak jako coś zewnętrznego, jako okrycie, powłoka?. Twórczość ta także eteryczna estetyka w obrazach Tadeusza Dominika podlegają głównie estetyce mobilnego odbiorcy, działa On w oparciu o autonomiczne wizje wewnętrzne przeżyte w przestrzeni. Poznajemy tu świat artysty wyalienowanego z tzw. tradycyjnych gładkich form przekazu, za pomocą których w przeszłości powiedziano aż za wiele… Artysta ten sięga głęboko i wcale nie wątpi w intuicję odbiorcy – ufa mu, porusza wyłącznie własne ego i zachęca do przemyśleń dla światów snso – stricte kolorowych, nałożonych na siebie, zatem bardzo radują(?) te Jego zaświaty natury przetworzonej przez bardzo oryginalny umysł. Przypomina to powściąganie słowa przez myśl poety. To jednak rzeczywiście poezja(?)

Zbyszek Ikona – Kresowaty