ZNAJĄCY TAJEMNICE DŹWIĘKU, ZNA TAJEMNICE WSZECHŚWIATA

rozmowa z kompozytorem i pianistą Wojciechem Konikiewiczem

Zbigniew Kresowaty: Ktoś powiedział, że znający tajemnice dźwięku zna tajemnice Wszechświata. Można za tym powiedzieć, że myśl tak wypowiedziana, rozumiana jako pewna teza filozoficzna, uzmysławia sugestywnie, że pewne elementy w muzyce mogą łączyć ludzi z ich kosmiczną energią -czy tak? Żeby było jeszcze ciekawiej, mogę tu przytoczyć wypowiedź Leszka Golca, z tekstu krytycznego pt. „Piąta aktywność – trzecie ucho” ,w którym mówi ów teoretyk, że: „Starożytna szkoła muzyki głosiła, iż muzyka jest pomostem do świadomości i ustala tzw. „święty komin” specyficznych harmonii, interwałów , proporcji używanych do powiązania wszystkich dźwięków) a w czasie słuchania muzyki wibracje komórek i rytmu ciała synchronizują się i powiązują z rytmami planet oraz z esencją minerałów, roślin ,wody itd…”.Czy Pan, jako wybitny kompozytor ,muzyk może się do tego jakoś odnieść? Zaczynam dość metafizycznie , ale też pragnąłbym, żebyśmy mieli na uwadze naturę, która ze swojego świata niesie nam dźwięki, a my je przetwarzamy ,przepuszczając niejako przez własne ciało i aparat myślowy-jak to się właściwie dzieje?

Wojciech Konikiewicz :
Gdyby chcieć udzielić wyczerpującej odpowiedzi na Pańskie pytanie, trzeba by właściwie napisać duży esej filozoficzny…Powiem tak: oczywiście ,wszystko co zostało przez Pana wyżej powiedziane, jest w jakimś sensie prawdziwe i poparte albo badaniami nauki, albo przekazami związanymi z tą, czy inną, duchową tradycją. Pragnę tu podkreślić że nie widzę w tym dualizmie żadnej sprzeczności, mamy tu raczej do czynienia ze wzajemnie uzupełniającym się oświetleniem problemu z dwóch różnych punktów.
Niewątpliwie istnieje głęboki związek muzyki z Naturą. To właściwie z Niej wszelkie dźwięki wychodzą/pochodzą. W takim kontekście należy zawsze widzieć relację człowieka z medium, jakim jest muzyka – dziedzina kultury, który towarzyszy nam od samego początku… Przytoczył pan tekst Hadzat Inajat Khana, który mówi dalej, że:” znający tajemnice dźwięku zna tajemnice Wszechświata”. Otóż w wielu przekazach różnych, duchowych tradycji ,w tym w świętych księgach wszystkich wielkich religii, niemal zawsze opis początku Świata, czy Wszechświata -powstawanie czegokolwiek w przestrzeni ,w tym Wielki Wybuch, od którego się zaczęło życie i światło- jest w ten, czy inny sposób powiązany z dźwiękiem. ”Na początku było Słowo ” – słowo, jak Pan jako poeta doskonale wie, to nic innego, nic więcej, jak dźwięk, który dopiero później bywa zapisywany. W eposach hinduskich mówi się, że dźwięk był tak naprawdę początkiem wszystkiego, że jest znakiem rodzenia itd… Zatem muzyka od zarania dziejów organicznie wiąże się z sacrum, wyrasta z potrzeby rytuału opisującego tajemnicę bytu, potrzeby katharsis…
Zrazu towarzyszyła człowiekowi wyłącznie jako element obrzędu czy działania typu ekstatycznego(choćby nurt dionizyjski etc.).To jest jej prapoczątek i źródło, i ten archetyp mocno w niej tkwi. Według filozofii greckiej (i nie tylko niej), która jest podstawą całej naszej cywilizacji, muzyka ma zapewnić człowiekowi naturalny , harmonijny związek z Kosmosem ,niejako pośrednicząc pomiędzy Ziemią a Niebem.
O tym dziś często się zapomina. Tworzona jest i powielana-w znacznej mierze dzięki technologii komputerowej- cała masa dźwięków, które nas zalewają, atakują, wprowadzają w przeróżne stany emocjonalno-psychiczne, ale także oddziałują w sposób czysto fizyczny, wręcz fizjologiczny, ponieważ ludzkie ciało jest po prostu zespołem elementów o różnych częstotliwościach rezonansowych .Dźwięki wpływają na współczesnego człowieka często bez udziału jego woli-wyboru- po prostu taka, pełna akustycznego smogu, chaosu i magmy, jest współczesna nam fonosfera. Osobnym, niepokojącym zjawiskiem jest używanie dźwięków, także muzycznych, do manipulacji człowiekiem dla celów komercyjnych(tzw.reklama podprogowa), propagandowych a także militarnych, nad czym zresztą prace trwają już od lat 30-tych XX wieku.

Z.K. A więc, mamy wstęp do naszej rozmowy-punkt wyjścia do dalszych rozważań.Czy np. kompozytor jest kimś, kto ma tylko jakby ułożyć te roziskrzone, gdzieś wibrujące dźwięki w tzw. „piękno”? Pańska „Muzyka Nowej Przestrzeni” już w samej nazwie zdaje się nawiązywać do antycznych koncepcji „muzyki sfer niebieskich „.Jak ją interpretować? Osobiście odebrałem ją jako muzykę kosmosu i wirtualności(?!) Jak należy się poruszać w tej przestrzeni?

Projekt koncertowy i płyta pod wspomnianym tytułem, to jedna z form, w których się artystycznie wypowiadam -tych form, generalnie rzecz biorąc, jest bardzo wiele. Zainicjowałem go na początku lat dziewięćdziesiątych. Jest to muzyka elektroniczna, realizowana na syntezatorach, która w sposób ,mam nadzieję, kreatywny wykorzystuje całą, obecnie dostępną technologię. Jest to muzyka swego czasu, ale w swoisty sposób zakorzeniona we wspomnianej, antycznej tradycji. Chodzi tu o pewne, podstawowe elementy, m.in. wibracje, o jakości pochodzące wprost z pojęcia Harmonii, które, moim zdaniem ,w muzyce mogą stanowić tzw. pierwiastek formotwórczy. Powiedzmy tu przy okazji wprost, że w moim odczuciu zdecydowanie nie jest prawdziwa często upowszechniana, prostacka antynomia:
po jednej stronie- piękno, natura, muzyka tworzona wyłącznie na akustycznych instrumentach, a po drugiej- antyestetyka, antynatura, słowem; technologia, jako źródło wszelkiego zła.
Instrumentarium elektroniczne jest wynalazkiem ,który pochodzi ,jak zawsze, z wyobraźni człowieka, a więc ostatecznie z Natury, do której przecież homo sapiens należy i którą współtworzy.

„Muzyka sfer niebieskich”? Na pewno jej duch, pewien rodzaj echa, na swój sposób manifestuje się w moich projektach… Muzyka Nowej Przestrzeni, to przecież także działanie koncertowe. Szczególnie chętnie gram ją na powietrzu, w otwartej przestrzeni. Może to być dziedziniec zamku, czy ratusza, park, stok góry, czy brzeg morza…Ten wątek kosmiczny, nie przywoływany przeze mnie werbalnie, jako zbyt często nadużywany, w naturalny sposób wynika z tego, co nazywamy „genius loci”. Człowiek- zarówno wykonawca, jak i słuchacz- w takiej sytuacji umie użyć swej wyobraźni, intuicji… W końcu, gdzieś tam głęboko w naszych genach przechowujemy pierwsze, dojmujące przeżycie istoty ludzkiej, spoglądającej w niebo, odczuwającej, jak ono wibruje…
Z.K. Ma Pan w dorobku wiele projektów, w tym płyt zrealizowanych i wydanych w Polsce, czy za granicą. To imponujący dorobek: autonomiczny, różnorodny, ale zarazem na swój sposób określony, tworzący pewien nurt. Jaka była Pańska droga do sztuki?

W.K.W jakimś sensie jest tak, jak Pan mówi, chociaż z drugiej strony wszystko nieustannie się zmienia, jest procesem, nieraz trudnym do przewidzenia. Realizuję swoje projekty w Polsce i w różnych krajach: m.in. w Anglii, Japonii, Francji, co w dzisiejszym świecie, w którym zanikają granice-te fizyczne, geograficzne-przychodzi coraz łatwiej. W sensie idei, ducha, niejako z natury rzeczy były one zresztą zawsze mało efektywne, ponieważ sztuka sama z siebie, prędzej czy później, przepływała swobodnie, omijając wszelkie bariery. Można dziś mówić o zupełnej wolności twórczej, wolności, która potencjalnie daje bardzo wiele, ale zarazem ,jako taka, niczego nie gwarantuje.
Ja raczej nie przejawiałem skłonności do tego, by zasklepiać się w jakimś jednym kierunku, stać na odkrytym przez siebie terytorium i je uprawiać. Od początku jako zasadę naczelną przyjąłem otwartość na różne światy- nie tylko muzyczne: także na inne dyscypliny sztuki, nauki, czy filozofię. Sztuka jest w jakimś sensie drogą do prawdy, a od pewnego etapu rozwoju twórcy, jej bezpośrednią ekspresją. Zależało mi i wciąż zależy na tym by, metaforycznie rzecz ujmując, na tym trakcie mieć zawsze oczy szeroko otwarte…
Jeśli chodzi o moją do muzyki drogę, o co był pan łaskaw spytać, to w dużym skrócie: była skomplikowana i niezbyt nietypowa.Uczyłem się gry na fortepianie od 1o roku życia w Gorlicach, potem w Lipnie (nb. tam, w wieku ok.14 lat zacząłem pierwsze próby związane z improwizacją, jazzem i kompozycją) wreszcie w Toruniu, gdzie trafiłem do klasy fortepianu prof. B.Muchenberg tamtejszej Średniej Szkoły Muzycznej. Moje nieortodoksyjne i dość szerokie zainteresowania – od muzyki współczesnej XX wieku(m.in.II szkoła wiedeńska, Bartok, Strawiński, Orff, Varese,Stockhausen),przez eksperymentalną muzykę elektroniczną, jazz, do rocka w jego najbardziej rozwiniętych formach(SBB,Niemen,Hendrix, Led Zeppelin, Pink Floyd itd.)nie bardzo mieściły się w ramach uprawianego tam, konserwatywnego modelu edukacji, co stwierdziwszy, bez większego bólu wyjechałem po maturze w V Liceum Ogólnokształcącym (gdzie nb. założyłem swój pierwszy zespół jazzowy) studiować elektroakustykę na Wydziale Elektroniki Politechniki Wrocławskiej. Tą decyzją wprawiłem w zdumienie moją polonistkę, widząca u mnie zdolności humanistyczne. Było ono tym większe, że zdarzyło mi się napisać …najlepszą pracę maturalną z języka polskiego.Ten wybór kierunku, po trosze zdeterminowany przez wolę rodziców uzyskania tzw. konkretnego zawodu, w znacznej części wynikał również z moich zainteresowań fizyką i technologią dźwięku. Był to dla mnie bardzo istotny obszar penetracji; chciałem zorientować się po pierwsze: w olbrzymich możliwościach wynikających z zastosowania elektroniki w muzyce, po drugie: w całej relacji pomiędzy światem dźwięku, a człowiekiem. Miałem szczęście odebrać wszechstronne, obejmujące wszystkie aspekty współczesnej akustyki wykształcenie, oczywiście oparte na bardzo wymagającym kursie matematyki wyższej.. Równolegle kontynuowałem indywidualne studia w dziedzinie fortepianu i kompozycji -tutaj takim moim guru i autorytetem był św. pamięci prof.Bukowski, który był na tyle uprzejmy i wyrozumiały, że zechciał poświęcił mi część swego, jakże cennego czasu-w sumie kilka lat. Choć nieregularne, spotkania z Nim były dla mnie po prostu nieocenione. Zawdzięczam mu m.in. solidne podstawy w dziedzinie harmonii i formy. Do moich prób kompozycji odnosił się w dość niezwykły, ale życzliwy sposób. Niejako „namagnesował” mnie i zachęcił do pozostania w świecie muzyki. Była to wybitna, niestety szykanowana przez władze i stopniowo odsuwana od dydaktyki, postać wrocławskiego środowiska –i nie tylko jego, co z perspektywy czasu coraz wyraźniej widać.
Równocześnie bardzo aktywnie zajmowałem się uprawianiem jazzu. A było to na przełomie lat 70 i 80 – świetny czas dla tego gatunku we Wrocławiu, że wspomnę Jazz Nad Odrą, całe to barwne środowisko, które królowało w Pałacyku, a potem w klubie Rura, gdzie chyba najaktywniej działałem(potem także w uniwersyteckim Indeksie, w którym dwukrotnie przeprowadziłem wg. swojej koncepcji, festiwal nowej fali jazzu i rocka – New Jazz Index, prezentujący elitę polskiej awangardy).
To były światy, które mnie bardzo mocno zasilały –nie tylko poprzez praktykowanie muzyki-także ogólnie: intelektualnie i twórczo. Były to źródła wręcz niewyczerpane. Z perspektywy czasu widzę też, że było w tej wielowątkowości mojej edukacji i poszukiwań jakieś echo greckiej, jeszcze pitagorejskiej tradycji…

Z.K. Chadzał Pan także na wykłady z dziedziny filozofii na Uniwersytecie Wrocławskim, które budowały pewną pojęciowość. Zaglądał Pan do Teatru Laboratorium, który tu miał swoje środowisko i zaplecze. Jak Pan to teraz wspomina? Życie kulturalne Wrocławia było bardzo bogate…
W.K. Tak chadzałem dość nieregularnie, na interesujące mnie wykłady z filozofii, także na Politechnice. Oczywiście było nie do pomyślenia, żeby ominąć tak kultowe zjawiska,jak Laboratorium, czy Pantomimę Tomaszewskiego …Chłonąłem te wszystkie wibracje całym sobą. To na pewno było ważnym czynnikiem w „odkrywaniu” mojej sztuki, komponowaniu, układaniu jej po swojemu.
Po takim przygotowaniu, w naturalny sposób wziąłem udział ze swoją grupą w pierwszych dwóch edycjach Festiwalu Teatrów Ulicznych w Jeleniej Górze, gdzie działy się fantastyczne rzeczy – Odin Theater, Teatr 8 Dnia i inne znakomite zespoły.
W 1983 roku, po skończeniu studiów i dyplomie z psychoakustyki, dość przypadkowo przeniosłem się do Warszawy, przejmując mieszkanie ciotki, która wyjechała z kraju. Stanąłem wobec zasadniczego wyboru: mainstream, czy kreacja?
Wybrałem to drugie- włączyłem się w radykalny, poszukujący i kreatywny nurt jazzu, reprezentowany przez legendarną Sesję Acoustic Action ze znakomitym trębaczem Andrzejem Przybielskim, czy kultową orkiestrę Free Cooperation. Odbyło się to w dość humorystycznych okolicznościach: tuż po przyjeździe do stolicy wszedłem do Hybryd, a Andrzej, ujrzawszy mnie rzekł krótko:”Będziesz grał z nami w Sesji!” Praca z tym kręgiem artystów była (i wciąż jest) wielką przygodą i wyzwaniem kompozytorskim. Wrzało tam jak w ulu: wciąż coś nagrywaliśmy, m.in. dla Klubu Muzyki Nowej Remont uruchomionego przez Andrzeja Mitana, radia(w tym dla Studia Eksperymentalnego), do filmu (nb. w 86 r. zacząłem swoją z nim przygodę) , koncertowaliśmy… Kontekst społeczny-stan wojenny, powolny rozkład komunizmu- nie był dla nas wielką przeszkodą: nasza muzyka poprzez swój poziom abstrakcji i energii powodowała, że żyliśmy niejako w świecie równoległym-nie do ruszenia przez system. Hybrydy były też wylęgarnią i ośrodkiem alternatywy rocka i reggae. Włączyłem się w tę muzykę, wspierając brzmieniem swych klawiatur czołówkę – m.in. Kulturę ,Izrael, Tilt, Deutera ,Armię . Grałem z nimi koncerty, trasy, festiwale /Jarocin, Róbrege, etc./, nagrałem kilkanaście płyt, z których parę weszło do historii polskiego rocka. W ogóle w latach 80-tych miałem dobry kontakt z wszystkimi najważniejszymi muzykami tego kręgu- współpracowałem m.in. z Ciechowskim (znaliśmy się jeszcze z Torunia)czy Janerką(Wrocław,klub Indeks). Zaczęły się jazzowe działania międzynarodowe, chociaż przy olbrzymich utrudnieniach paszportowych ze strony z Pagartu – m.in. duża trasa w Wielkiej Brytanii z Pinski Zoo, płyta…
W latach 90-tych,po burzliwych przemianach w kraju, niezależnie od jazzu, który cały czas uprawiałem , wróciłem do muzyki współczesnej, szczególnie kameralnej, m.in. pisząc na zamówienia różnych festiwali. Wykrystalizowała się też wtedy idea Niezależnego Instytutu Harmonii i Dźwięku, której realizacji poświęcam obecnie dużo energii. Wówczas też praktycznie zakończyłem współpracę ze światem rocka – idee zeszły na plan dalszy, zaczęły się czasy komercji, a ta nie interesowała mnie w ogóle. Zawsze były mi najbliższe :jazz, muzyka współczesna, sakralna, etniczna i elektroniczna. Natomiast zdecydowanie nie chciałem zajmować się popem, nie znajdując tam miejsca do jakiejkolwiek sensownej wypowiedzi.
Z.K. O ile wiem Witold Lutosławski też poświęcał panu czas, i odegrał w Pana drodze wielką rolę-czy tak?

W. K. O tak ,zdecydowanie – było to w latach 92/93. Te spotkania, bardzo inspirujące, pozostawiły w mojej twórczości i w ogóle pojmowaniu muzyki, bardzo ważny ślad. Osobowość Lutosławskiego, rozmowy z nim wywarły na mnie duży wpływ. Były też i wciąż mają miejsce kontakty – wymiana doświadczeń, czy poglądów z innymi kompozytorami. Proces doskonalenia się w muzyce jest w jakiś sposób permanentny i pewnie będzie trwał aż do końca życia(uśmiech)

Z.K. Na chwilę chcę powrócić do sprawy SŁOWA ,gdyż w Pańskiej karierze, na drodze kompozycji, pojawiała się poezja. Znaczy to, że pisał pan muzykę do utworów znanych poetów, które recytowali znani i wybitni aktorzy, jak np. Jerzy Zelnik teksty Marianny Bocian na podkładzie muzyki przez pana skomponowanej w spektaklu pt. ” Słowo jest odsłoną „. Były spektakle poetycko-muzyczne w różnych miejscach, nawet w kościołach. Sam byłem tego świadkiem, na Zamku Piastów Śląskich w Brzegu na „Najeździe Poetów na Zamek” kilka lat temu wstecz-tam zresztą poznaliśmy się. Wydarzyło się wtedy coś, co określiłbym jako odtworzenie sacrum -wielopoziomowa interpretacja słowa…Byłem pod urokiem tej muzyki, tego działania. Może coś o tej części Pana twórczości?

W.K. Jeśli chodzi o ten konkretny spektakl, „Słowo jest odsłoną”- taki rodzaj wypowiedzi konstruuję ,wchodząc w tkankę znaczeniową i sonorystyczną Słowa – jest to wiązanie dźwięków w jeden kształt.
Dla mnie poezja to rzecz elementarna- poświęcałem jej, i poświęcam wiele uwagi…Jak wspominałem, ogólne zainteresowania humanistyczne są fundamentem całej mojej twórczości. Żałuję ogromnie, że pisanie takich form jak w.w. dzieje się stosunkowo rzadko. Jest to wciąż ocean niewyczerpanych możliwości- wiązanie Słowa z muzyką i wynikające z tego inspiracje…
Fala antykultury, jaka przetacza się przez Polskę spycha takie formy wypowiedzi na margines. Skalę zalewu mediów przez bełkot można było zresztą ostatnio obserwować w tak smutnych okolicznościach, jak śmierć Niemena. Wymusiła ona na nadawcach prezentację utworów Czesława opartych na wielkiej poezji Norwida, Herberta, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Leśmiana, Iwaszkiewicza …Kontrast był porażający. Na wszechobecnej mierzwie nagle wyrosły kwiaty – ukazał się cały rozmiar grozy!
Wracając do poezji Marianny Bocian- była dla mnie wyraźnym drogowskazem i niesłychaną inspiracją, ułatwiającą skomponowanie muzyki. Kontemplacja tekstu prowadziła bardzo szybko do skojarzeń, rytmów – była w nim, oczywista dla mnie przestrzeń duchowa. Znajomość, a z czasem przyjaźń z Poetką, była dla mnie niezwykle cenna. Mam nadzieję, że Jej twórczość chociaż po śmierci, zostanie doceniona i upowszechniona.
Wspomnę, że w sposób równie metaboliczny ,wręcz automatyczny działa na mnie poezja Herberta. Nie ma w niej nic zbędnego. Jest, niczym antyczna rzeźba: czysta,doskonała w formie, nośna, natychmiast uruchamiająca wyobraźnię.
Nie dzieje się tak w każdym przypadku. W moich poszukiwaniach trafiam czasem na poezję nie otwierającą tej najwartościowszej przestrzeni – bywa, że płaską, wyszkieletowaną z duchowości, metafizyki, nie mającą w sobie nic.

Z.K. Harmonia, harmonia, harmonia… Tak samo jak muzyce, istnieje w/g mnie również w tekście literackim pojęcie dysonansu, konsonansu, istnieje pojęcie rytmu ,wibracji poprzez samo słowo, pojęcie formy i metafizyki – to wszystko stwarza dzieło literackie. Bez harmonii nie byłoby dzieła ważnego? Co pan o takiej zależności może powiedzieć?

W.K. Bez tych, w.w. elementów dzieło nie istnieje, ale to znowu problem na osobny esej, szereg kwestii do rozważenia…Np. czy harmonia pojmowana jako sposób układania elementów (dźwięków, słów, kolorów) czy jako sposób współbrzmienia twórcy ze światem, Kosmosem? Czy jedna, uniwersalna, czy: ilu twórców, tyle harmonii? Co jest kategorią dobrego, pięknego współbrzmienia, a co nie? Czy da się to zmierzyć, obliczyć? Współcześni Chopinowi niemieccy profesorowie twierdzili, że nie znał on zasad harmonii. Dziś nikt nie pamięta ich nazwisk, a muzyka naszego wielkiego kompozytora jest ponadczasowa… Autor opasłego, dwutomowego podręcznika harmonii, straszącego dotąd w polskim szkolnictwie muzycznym, opisał mnóstwo reguł i zasad, mających zapewnić „prawidłowe” rozwiązania. Sam jako kompozytor pozostawił po sobie dzieła nudne, miałkie, bezwartościowe. Czego więc trzeba ,żeby ukazała się nam jakaś nowa, cenna estetyka? Lutosławski po konserwatorium odrzucił wszystko i przez ponad 20 lat pracował nad swoim sposobem organizacji muzyki. Pokazał mi olbrzymi regał, wypełniony tysiącami zeszytów nutowych, w których z benedyktyńską cierpliwością badał dwunastodźwięki, zapisywał współbrzmienia, kategoryzował je. Byłem głęboko poruszony, wręcz wstrząśnięty tą postawą, ogromem pracy…Będę pamiętać ten widok do końca życia. Tak, sztuka to zakon, a nie pole do popisu dla księgowych.
Z.K. Każde pytanie, jak Pan wspomniał, daje Panu wielką radość. Często dodaje Pan ,że można by na wszystko odpowiadać bardzo szeroko i pisać esej. Otóż radość i jest po mej stronie, gdyż ja chcąc dociekać głęboko, staram się pobudzić Pana do wejścia nieraz na tereny dziewicze, mam nadzieję z korzyścią dla naszej rozmowy.
Zadam choć jeszcze jedno takie kłopotliwe, ”proste” pytanie: Czy skrajne metody dedekafonii, muzyka eksperymentalna etc. nie odchodzą szybko w przeszłość na rzecz powrotu do harmonii? Czy zauważa się dzisiaj w muzyce tę wartość największą, a więc harmonii potrzebę?

W.K. To teza bardzo ryzykowna, wartościująca.Przestrzegałbym przed taką,prostacką dychotomią: muzyka dawniejsza-harmonijna ,”ładna” muzyka dzisiejsza – nieharmonijna , zgrzytliwa i ewokująca agresywne brzmienia. To nieporozumienie! W ten sposób wchodzi się na obszar „jelonka na rykowisku”. Potwierdza się tym samym, że kicz jest czymś bezpiecznie „pięknym” i umieszcza dzisiejszą sztukę w izolatce. Lądujemy tu na placu bez wyjścia, bez szansy powrotu. W ten właśnie sposób działają u nas media publiczne –prezentując niemal wyłącznie kicz i promując nędzę umysłową, używają kultury wyższej jako alibi, listka figowego- wstydliwie, o 2 w nocy…
Oczywiste jest, że potrzeba harmonii wręcz konstytuuje wewnętrznie kompozytora, zawsze jednak będzie ona czymś w rodzaju kamienia filozoficznego, którego każdy musi szukać na własną rękę– trzymając się z dala od obiegowych sądów, czy „ogólnowojskowej” estetyki.

Z.K. W poezji i literaturze mówi się o grafomanii. Jest to oczywiście zasadne wtedy, gdy poeta ,czy pisarz ,pisze dla wszystkich – to znaczy, że dla nikogo! Twórczość dla wszystkich to grafomania. Czy podobnie jest z muzyką?

W.K. Tak –i to wszystkich odmian – pop, współczesną, a nawet jazzem. I tu i tam niektórzy uprawiają produkcję na wielką skalę, nic nie wnosząc do ludzkiego intelektu. Bylejakość, powierzchowność, przerabianie czegoś, co już dawno było, przybierają różne nazwy, etykiety – a to postmodernizm ,o którym jak najsłuszniej prof. Skolimowski pisze, że oznacza skrajny relatywizm i nihilizm, a to New Age, a to muzyka filmowa, relaksacyjna etc…Działają też koniunktury – polityczne (jest cała grupa „dworskich” twórców, sadowiących się w lożach, żądająca dla siebie bez skrupułów gigantycznych środków z funduszy, czy wręcz rezerw państwowych) i doraźne (np. wykorzystujące tragedię 11 września 2001, czy nawet poezję Papieża -ostatnio Tryptyk Rzymski). Zdarzają się przypadki podpisywania się pod czyimiś dziełami, tworzonymi anonimowo za pieniądze składającego autograf. Wszystko to dla zysku, czy wątpliwej sławy. Niezależna krytyka, a ostatnio również publiczność, weryfikują takie dzieła. Ostatecznym, nieubłaganym sędzią jest, jak zawsze, czas…
Paradoksalnie, zamieszanie ma również miejsce w warstwie semantycznej- ta atmosfera napuszenia, nazywanie każdego wytworu muzyka, plastyka, literata dziełem sztuki… Oczywiście nie każdy przejaw twórczości można nazwać dziełem sztuki- to nonsens! Jest wiele aktów, czy artefaktów, które są przejawami aktywności twórczych człowieka – lecz nie mają nic wspólnego z tym pojęciem. Dzieło sztuki to określenie, które dla mnie ,niejako z definicji, zarezerwowane jest dla rzeczy wyjątkowych. Podobnie rzecz się ma z relacją między pojęciami: artysta i twórca.
Jest wiele ,nazwijmy je tu wprost , prowokacji, które mają u podstaw podłoże polityczne, socjotechniczne, lub medialne. Zaliczaliśmy wyjmowanie sobie przez artystkę lalki z pochwy, tragikomiczną aferę z instalacją przedstawiającą Papieża przygniecionego przez głaz, cięcie szablą zdjęć, umieszczanie przedmiotów kultu religijnego w moczu, czy zestawianie ich z genitaliami…Owszem, media to „przerobią”, nagłośnią, ale nie w kontekście sztuki. To tylko ferment i „ubijanie piany” różnorakiego koloru. Tutaj znakomicie spotykają się: ignorancja od dawna pozbawionego edukacji artystycznej społeczeństwa ,cynizm polityków, i manipulacje wszelkiego rodzaju „dynamicznych” promotorów, czy wręcz samych twórców. Jest to spektakularne, celowe nadużycie , które wprost prowadzi do pomieszania języków i nakręca spiralę niechęci zwykłych ludzi do sztuki im współczesnej…
Na szczęście jest też drugi biegun, gdzie ma miejsce ryzyko twórcze, gdzie powstaje sztuka wychodząca z czystych intencji -wystarczy przyjrzeć się uważnie postaciom takim jak Has, Herbert, Lutosławski, Stażewski, Strzemiński, Grotowski, Komeda, Niemen…Ten szereg ma i zawsze będzie miał kontynuację.
To oczywiście temat na szerszą rozmowę.

Z.K. Czyli doszło także, i to jakiś czas temu, do deprecjacji pojęcia Sztuki. Zbyt często rozdaje się etykietki z tym napisem?

W.K. Tak! To oczywiste.

Z.K. Wróćmy zatem jeszcze do muzyki. Czy muzyka nie wyobcowała się z tzw. Jedni Człowieka? – tej ” bio-psycho-duchowej” ? Czy nie zanikł właśnie zwyczaj chodzenia do miejsc, z których można czerpać? Kompozytorzy muzyki nie chodzą do przyrody, do naturalnych miejsc, żeby posłuchać prawdziwego brzmienia i opierając się na tym tworzyć. W naturalnej przestrzeni jest esencja twórcza… Kiedyś muzycy chadzali w plenery. Inni szli do prawdziwej rzeźni, żeby posłuchać głosu ubijanego zwierzęcia. Dziś wszystko wydaje się powstawać wyłącznie w wyobraźni ,która bez odbioru naturalnego jałowieje. Co Pan o tym sądzi?

W.K. Takie uogólnienie może być krzywdzące! Podał Pan też dość szokujący przykład…Trzeba jednak zaraz spytać: Kto?! Zaręczam Panu, i Czytelnikom że świat cały składa się też z dostatecznej, i wcale niemałej grupy ludzi, którzy są świadomymi, wrażliwymi i wybitnymi artystami, ale poddając się orwellowskiemu dyktatowi mają Państwo znikomą szansę, żeby dotrzeć do ich bogatego mikrokosmosu.
Trzeba tu mówić o masowości, która upodla człowieka i pochłania indywidualności. O komercji, konsumpcji i globalizacji życia. W sferze świadomości trwa ogromny regres …Człowiek zaczyna być totalnie sterowany przez mas-media. Miliony zasiadają nabożnie przed ekranami, żeby zachwycać się nieistniejącymi sytuacjami, jakimiś wymyślonymi i zmyślonymi serialami, które zachwaszczają umysły na niespotykaną skalę. To jest dopiero prawdziwa rzeźnia – rzeźnia umysłów!
Pozostając przy ryzykownej, narzuconej przez Pana terminologii: zwierzętom na fermach podawano ciała innych osobników tego samego gatunku, zmuszając je do kanibalizmu. Były na to wszelkie możliwe „podkładki”: badania naukowe, statystyki itd. W końcu czego się nie robi dla zysku? Skończyło się znaną powszechnie chorobą wściekłych krów i rzezią na masową skalę. Gdy byłem w Anglii w 2002 roku, przechodziła przez ten kraj fala samobójstw farmerów, nieomal z dnia na dzień pozbawionych środków do życia…
A teraz ostra analogia: na tę mass-medialną, toksyczną paszę dla mózgów, ten duchowy kanibalizm, też są wszelkie „papiery”: ankiety, badania widzów, słuchaczy. Dla czyjegoś zysku cały, potężny aparat pracuje na chorobę wściekłych ludzi ,wmawiając im jeszcze, że to dla ich dobra!
Czytałem nie tak dawno, jak jakaś koszmarna osoba, nie wiadomo dlaczego od lat rządząca potężnym programem publicznej telewizji mówiła, że prywatnie lubi jazz, ale te badania…,więc ona musi służyć widzowi, zatem –statystycznie- zero tej muzyki, zero kultury wyższej!
To obłęd, w którym nie liczy się nic – ani nauczanie Papieża, ani głosy intelektualistów, uczonych, ludzi kultury, za to z pełną konsekwencją realizowane jest ironiczne hasło Lecha Janerki z lat 80-tych: ”Bawmy się wesoło, łączmy się w głupocie”

Z.K. Czy zatem, drążąc zarysowany wyżej temat, świat muzyków, ich imaginacja obejmuje dźwięki naturalne? Jest Pan tego pewien?
W.K. Zapewniam Pana, że w tej chwili, nawet w świecie używanych do kompozycji nowych technologii, paradoksalnie- często właśnie dzięki nim (np. sampling), jest możliwa i przez wielu praktykowana, głęboka inspiracja Naturą. Już dawno S.Lam uchwycił istotę rzeczy na poziomie elementarnym, określając ją pięknie i dobitnie w tytule swej książki: „Twórczość przejawem instynktu życia”. Relacja między życiem, a Naturą jest wszak oczywista… To także temat do szerszej rozmowy ,na którą tutaj brak miejsca.

Z.K. Co nadaje dziś jakiś ton całej marszrucie kompozytorów, całemu światu muzycznemu?

W.K. Podejrzewam wręcz prowokację w tym pytaniu! Przekornie odpowiem, że być może tylko w muzyce pop odpowiedź jest prosta: pieniądze… Trudno mówić o jakiejś jednej obowiązującej szkole, o jakichś normach twórczych- to byłby zupełny absurd ! Kiedyś Mekką dla muzyki współczesnej był Darmstadt, dla jazzu Nowy Jork . Dziś jest inaczej – np. w jazzie fenomenem ostatniej dekady są Japończycy, Norwegowie, niektórzy mówią, że Polacy… Wszystko płynie naturalnie, rozwija się, pojawiają się różne fale. Jak zawsze są ludzie, których można określić jako wielkie osobowości, Mistrzów. Oni wypracowują swoje estetyki i ku nim podąża klasa uczniów, studentów, który kształcą swój intelekt na tym, zastanym już gruncie, zresztą często potem go negując. Jest w czym wybierać – w tak wielkiej populacji naszego globu istnieje niesłychane bogactwo stylistyk i postaw kompozytorskich. Każdy na swój sposób szuka indywidualności-zatem i wybór jest trudniejszy. Nigdy przedtem tylu ludzi nie żyło na kuli ziemskiej. Często o tym zapominamy ,a ma to swoje, czysto liczbowe konsekwencje – wzrasta różnorodność ,ale i chaos…Z tego właśnie względu zmienia się , czy tego chcemy, czy nie, modus operandi.

Z.K. Czy mamy już do czynienia ze społeczeństwem bez właściwości?
Mówi się o braku norm, czy ich zaniku, o pomieszaniu wszystkiego, co ważne z tym, co byle jakie. Zapytać chcę tutaj także o Pańskie odczucia oraz sugestie dotyczące tego, co obecnie niesie nam ta cywilizacja? Czy nastąpią jakieś powroty: wartości, autorytetów oraz norm, prawidłowego rozumienia związku natury z człowiekiem?

W. K. Tak – rzeczywiście mamy do czynienia ze społeczeństwem tracącym właściwości, nawet normy etyczne. Przy utrzymaniu obecnych tendencji może się okazać, że za chwilę nie będzie nic wiedziało o historii, o sztuce…Już właściwie nie wie: jaka jest różnica między Paderewskim, a Penedereckim, kto to był Grotowski, czy Szajna .A ci, którzy przyszli po nich – następcy? Nie słyszy ich głosu przysłowiowy pies z kulawą nogą. Polscy artyści odnoszą sukcesy w świecie: np. znakomita kompozytorka Hanna Kulenty zdobyła Medal Mozartowski UNESCO za swój koncert na trąbkę i orkiestrę – na ceremonii wręczenia zero polskich mediów! Wybitna flecistka Jadwiga Kotnowska prowadzi kursy mistrzowskie w Royal College of Music, otrzymuje entuzjastyczne recenzje z koncertów na całym świecie – tu też cisza! Obie panie w normalnym kraju już dawno wydałyby dziesiątki płyt – tu ani jednej! Z drugiej strony ,w publicznej TV wydaje się krocie jakieś żenujące, igrzyska ku czci Iglesiasa juniora, czy niejakiego Garou, wręczając mu nie wiadomo za co honorową(?!)statuetkę, robi się wielkie wydarzenie ze smętnego show piosenkarki Susan Vega z zaledwie jednym, przerażonym basistą w pałacu prezydenckim… W publicznym radio, zdominowanym przez mentalnie skorumpowanych prezenterów, trudno usłyszeć polskie utwory. To przejawy żałosnego prowincjonalizmu, brak szacunku dla własnej kultury. Kraj, który wydał tylu noblistów w dziedzinie literatury, wizjonerów teatru, plastyków ,muzyków, kompozytorów jest nadal bogaty w talenty i osobowości twórcze, ale rządzący nim nie potrafią tego skarbu zagospodarować, nie mają świadomości rozmiarów kryzysu strukturalno-organizacyjno-promocyjnego zagrażającego w.w. środowiskom. W tym kontekście łatwo się domyśleć, jaki jest los najmłodszych twórców. Z ich frustracji biorą się coraz częstsze, ostre ataki na starszych, prowadzące do zupełnie niepotrzebnej wojny pokoleń. Tu przydała by się raczej wspólna walka o nową, cywilizowaną formułę mediów publicznych i polityki kulturalnej, o zmianę niewydolnego, biurokratycznego, jeszcze z PRL-u rodem systemu, wydającego miliardy na urzędników, zamiast na sztukę.
Powrót wartości, autorytetów? Na pewno nie będzie możliwe powtórne wejście do tej samej rzeki… W opisanych wyżej, globalnych realiach działają prawa wielkich liczb. Hierarchie wartości estetycznych, moralność, normy etyczne są w znacznej mierze kształtowane przez media i showbusiness. Na świecie przez wiele lat wypracowywano metodologię działania, dzięki której dzisiaj miliony dobrowolnie dają się okradać przez audio-tele, de facto biorąc udział w składce na fortuny oszustów, miliony przejmują się każdym zakrętem życiowym aktorów, czy piosenkarzy, słuchają ich banalnych wywiadów , notując, przeżywając każde puste słowo. Z drugiej strony zgoła niewiele uczyniono, żeby wielkie umysły naszej epoki – wybitni uczeni, filozofowie , duchowni, artyści mogli dotrzeć do ludzi ze swym głosem w sprawach naprawdę istotnych, budujących człowieczeństwo.
Zdawałoby się, że jest dosyć alternatywnych dróg – wspomniane nauczanie papieskie, dorobek okresu „Solidarnosci”, wreszcie formuły wypracowane przez wielkich filozofów, że upadek systemu komunistycznego jest wielką szansą stworzenia jakiejś trzeciej drogi. Porzucenie jej na rzecz wprost i bezkrytycznie zaimportowanego modelu konsumpcyjnego uważam za pomyłkę, której rozmiar jest już wyraźnie widoczny, szczególnie w dziedzinie kultury.
Oczywiście obecny stan rzeczy nie oznacza braku nadziei: możliwa jest zmiana i są środowiska, które w tym kierunku pracują. Poza wszystkim działa i będzie działał, od wieków sprawdzony mechanizm: wielkie osobowości, jak zawsze przyciągają chętnych do zgłębiania ich dorobku, każda z nich prędzej, czy później tworzy swój ośrodek, który zaczyna promieniować na zewnątrz. Ten nurt, choć nie masowy, jest nie do przecenienia –to są te przysłowiowe krople, które drążą skałę.

Z.K. Wróćmy do Pana. Co ostatnio w Pańskiej twórczości ważnego się zdarzyło? Nad czym Pan teraz pracuje?

Miniony rok spędziłem dość pracowicie. Wiosną 2003 wyszła w Anglii nagrana z dwoma tamtejszymi, czołowymi muzykami płyta pt. ”Zone K”,która zebrała tam dużo pozytywnych recenzji –od The Guardian do prasy muzycznej. Zagrałem też na najnowszej płycie brytyjskiej grupy etno-rockowej Asian Dub Foundation.
W maju wziąłem udział w dużym, międzynarodowym, polsko-szwedzko-fińskim projekcie multimedialnym pt. „Porozmawiaj ze mną o sztuce” i w jego ramach skomponowałem na zamówienie CSW Zamek Ujazdowski, muzykę do 5 filmów – 5 definicji pojęcia sztuki.
Także w maju obchodziliśmy z Andrzejem Przybielskim ”antyjubileusz” dwudziestolecia naszej, artystycznej kooperacji, z której to okazji odbył się specjalny koncert i performance w klubie Remont.
W lipcu po powrocie z Holandii wspólnie z Przybielskim wystąpiłem na zamojskim, międzynarodowym festiwalu sztuki intuitywnej „Fortalicje” ,a w sierpniu z solowym koncertem muzyki elektronicznej na festiwalu ZEF w Piszu. We wrześniu odbył się duży ,połączony z działaniami multimedialnymi koncert mojej Orkiestry TransTechnoLogicznej w klubie Skarpa.7 grudnia na Akademii Muzycznej miał miejsce premierowy występ i zarazem nagranie płyty mojej nowej, międzynarodowej formacji – Europejskiego Tria Jazzowego, a 13 tegoż miesiąca poprowadziłem w S.Kongresowej koncert w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, gdzie m.in. wystąpiłem z własnym projektem pn. „Na murach” łącząc progresywny jazz z reprezentującymi falę intelektualną polskiego hip hopu raperami, DJ-ami i performerem Pawłem Dudzińskim.
Bieżące plany? Będzie kontynuacja wszystkich w.w. formacji – Europejskiego Tria Jazzowego, Orkiestry TTL, itd., koncerty w Polsce i na świecie. Od jakiegoś czasu myślę o większej formie z udziałem orkiestry symfonicznej, chóru, multimediów, instrumentarium elektronicznego i baletu, syntezującej moje doświadczenia z różnych obszarów. Powróci też wątek współpracy z japońskimi jazzmanami. Będzie muzyka do filmu, baletu, najprawdopodobniej też do dużego spektaklu norwidowskiego.
Wyjdą nowe płyty CD i DVD we współpracy z kilkoma wydawcami z Francji, Anglii i Polski. W październiku 2004 wezmę udział w niezwykle interesującej konferencji „Values, Spirituality and Future: Towards a New Reinessance” gromadzącej uczonych, filozofów i artystów z całego świata, gdzie wygłoszę swój referat pt.”Harmonia mundi i Nowy Renesans”. Także w bieżącym roku zamierzam uruchomić wspomniany wyżej Niezależny Instytut Harmonii i Dźwięku, czemu trzeba będzie poświęcić dużo energii i czasu.

Z.K.Jak widać,jest pan bardzo pracowitym kompozytorem ,muzykiem, twórcą, realizatorem, ale także filozofem – osobą głęboko odczuwającą i analizującą problemy współczesnej kultury. Życzę wielu udanych kompozycji… Myślę , że wyczerpaliśmy zasadnicze wątki tej rozmowy. Teraz wiem, i czytelnicy zapewne też, że jest Pan tym który zna tajemnice dźwięku, a zatem wszelkie tajemnice Wszechświata, w co zresztą nie wątpię. Dziękuję za tę rozmowę.

rozmawiał Zbigniew Kresowaty