FRANCISZEK STAROWIEYSKI . „Rozpustnik, Byk, kapłan czy mag?”

Starowieyski Franek wyk. Z

            Franciszek Starowieyski (ps. artystyczny Jan Byk) pochodził z rodziny ziemiańskiej. Studia artystyczne rozpoczął w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie 1949-1952 w pracowni prof. W. Weissa i Adama Marczyńskiego, a ukończył w warszawskiej ASP (1955r.) w pracowni prof. M. Byliny. Zajmował się malarstwem, plakatem, grafiką użytkową, scenografią teatralną i telewizyjną. Przez szereg lat tworzył na przemian w pracowniach w Warszawie i w Paryżu. W twórczości Starowieyskiego o wyrafinowanej ornamentacji widoczna jest fascynacja kulturą baroku. Artysta w swoich pracach stosował swoistą metaforykę i własny system znaków. Antydatował je 300 lat wstecz – twierdząc, że oddaje to jego stan ducha i umysłu.  To znów na marginesie dzieł sporządzał jakieś notatki.

     Artysta zaistniał serią plakatów teatralnych i filmowych w latach 60-tych. A zajmował się głownie malarstwem, grafiką użytkową, scenografią teatralną, a nawet telewizyjną. Był twórcą tzw. „Teatru rysowania”. W których uczestniczyłem jako widz. Jego malarstwo to owszem! fascynacja ciałem kobiecym, ale i męskim, celowo wyoblał , wyrysowywał pozy i akty, wcielał w rubensowskie kształty, napełniał zmysłowością oraz refleksją romantyczną. Budował sceny sugerujące nie tylko piękno jakim okryta jest dusza człowieka, ale budził refleksje nad przemijaniem i śmiercią. Wielokrotnie wystawiał w galeriach i muzeach w Polsce oraz Austrii, Belgii, Francji, Holandii, w Kanadzie, Szwajcarii, USA, we Włoszech i w innych krajach. Tym samym był oryginalny, za co bywał też laureatem wielu nagród, m.in.: Grand Prix na Biennale Sztuki Współczesnej w Saô Paulo (1973), Grand Prix za plakat filmowy na festiwalu w Cannes (1974), Grand Prix na Międzynarodowym Festiwalu w Paryżu (1975), Annual Key Award gazety Hollywood Reporter (1975-1976), nagrody na Międzynarodowym Biennale Plakatu w Warszawie i na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Chicago (1979-1982).

          W jego “Teatrach rysowania”, które dobrze pamiętamy z kilku miast w Polsce, zauważało się łączenie obydwu sztuk w całość, “spektakl sztuk wszelakich wizualnych”, zjawisko żywe medialne, w których wartością artystyczną jest akt tworzenia „na żywo”, gdzie widz obserwuje powstawanie dzieła w aktach, jako spektakl teatralny. Jego elementy widowiskowe dzięki erudycji autora – zauważano także literackie fascynacje, jak i samo dzieło w tradycyjnym tego słowa znaczeniu zyskiwało na znaczeniu i było zawsze jedyne i niepowtarzalne. W tych spektaklach, a także na wszelkich jego obrazach, świat realny łączył się z tworami wręcz “niepohamowanej” wyobraźni, stając się wysoce metafizycznymi obrazami i surrealistycznymi. Mistrz przy rysowaniu objaśniał co w danym momencie powstaje i dlaczego wyłania się spod jego ręki taki a nie inny obraz. Mówił na czym polega łączenie no. oka z koniem, etc. Te „teatry…” miały różne tytuły, np. „Przeciwko Becetowi”, a tym samym, lub jednocześnie, ta jego twórczość ostentacyjnie wręcz nawiązywała do starych romantycznych XVII-wiecznych mistrzów i była na wskroś przesycona groteską, ironią, sarkazmem oraz humorem, co nie wszyscy, nawet krytycy nie rozumieli, czasem nie mogli nadążyć bo to ich przerastało. Obraz Divina Polonia Rapta Per Europa Profana, co znaczy: “Boska Polska porwana przez świecką Europę” wystawiony w polskim przedstawicielstwie w Unii Europejskiej w Brukseli (1998) wywołał konsternacje i wzbudził wiele kontrowersyjnych opinii oraz ocen, co było tylko efektem korzystnym dla artysty, bo przecież dobry artysta to taki, który ma tyle samo przeciwników co zwolenników.

– Artysta Franciszek Starowieyski był także wpierw „zbieraczem” starych rzeczy i przedmiotów, kolekcjonerem staroci, znał się na tym. Od bardzo wczesnych lat, zaraz po studiach, kiedy przybył do Warszawy, pozostawiając za sobą Kraków, gdzie miał pseudonim „Byk”, wyruszał w wolnym czasie na eskapady w Polskę za poszukiwaniem staroci, które dostarczały mu  osobnej wiedzy. Jeździł  po wioskach, po miasteczkach, po znajomych… maluchem 126p., który czasem jako stara zapalniczka wysiadał mu w drodze. Ta sarmacka imaginacja i fascynacja pięknem, zawartym w starych rzeczach i przedmiotach, udzielała się bardzo i przede wszystkim w twórczości. Zbiory coraz bardziej fascynowały, w nich przecież można znaleźć odbicia… w jego twórczości bardzo płodnej i odwaznej. Zawsze mawiał, że w malarstwie już wszystko było, począwszy od Apollinarego po przez bauhausów, przez Picassa i kubistów, wiele rzeczy przeszło też niezauważonych. Ale też powtarzał „pamiętaj ćwicz, dużo ćwicz wyobraźnię, ćwicz rysuj, maluj – to jedyna droga do mistrzostwa”.

       Odwiedziłem pana Franka w jego domu kilka razy, w tym raz przeprowadzając „rozmowę artystyczną” dla Miesięcznika PAL (Przegląd Artystyczno – Literacki), wydawany przy Uniwersytecie Toruńskim w roku 1999. Tą cenną wypowiedź przeplataną moimi spostrzeżeniami – pytaniami i sugestiami pomieściłem w I tomie, książki pt. „Między logos a mythos”, wydanej w 2005 roku z dotacji Samorządu Wrocławia. Spotkałem go dwa razy na Plenerze, nazywał mnie „chłopakiem z Grudziądza”, (bo tam był ongiś jeden z Plenerów). Bywał także często we Wrocławiu prywatnie. Odwiedziłem także go w Ratuszu wrocławskim, kiedy urządzał wystawę swoich zbiorów staroci w Sali głównej na piętrze… w 2002 roku. Ten ogrom i różnorodność zafascynował mnie, pokazywał i objaśniał, była to niesamowita wiedza historyczna sztuk. Dużo mówił o podróżach, ale nie dosłownie o swej sztuce, bo swej twórczości się nie tłumaczy, ale ogólnie na czym stoi zawartość sztuk plastycznych i nie tylko. Pokazywał swoje obrazy i duże kolekcje staroci: portrety trumienne, meble oraz zegary stołowe, na które patrzy się z góry, kiedy stoją na małych nóżkach płasko na stole, bibeloty i drobiazgi w srebrze i brązie. Czaszki zwierząt, którymi posługiwał się w swoich „Teatrach…”  – ja to widziałem już przed wystawą. Dużo by mówić o jego sztuce, o plakatach od których wszystko się u niego przecież zaczęło. Mówił o tym jak zdobywał te rzeczy i mieszkanie. Jak to w sprawie mieszkania napisał kaligrafowany list do Prezydenta w Warszawie, kiedy zamieszkiwał w altance na działce pod Warszawą, pokazywał kopie tego „podania” z wywijasami, co samo w sobie było dziełem. Patrzyliśmy wtedy z okna jego pracowni w dwupoziomowym mieszkaniu w przestrzeń z 11-go pietra jego na Ursynów, to znów wracaliśmy do sztuki.

         Dziś bardzo różnie odnoszą się wszelcy znawcy i krytycy do tej oryginalnej sztuki powiązanej z kunsztem. Jedni mówią: że to „rozpustnik”, inni że był takim opornikiem, jeszcze inni że artysta sadystyczny malujący połcie w rzeźni, etc. Ale ja wiem, że to bardzo cenna niepowtarzalna sztuka kreacji humanistycznej człowieka, jego piękna ukrytego, nie tylko zewnętrznego ale i wewnętrznego, to kreacja zdolności człowieka, jego imaginacji oraz przemijania, i przeistaczania się oraz odchodzenia w dalsze życie po przez śmierć. Świadomość i wiedza pozostaje w przestrzeni żyjących w bycie, który się zmienia i nas zmienia w różne stwory, demony, czasem i potwory, ale i podnosi czasem nasze piękno, wywyższa ponad nas – a my nie jesteśmy wdzięczni za te akty, czego często nie zauważamy. Uważam, że to przede wszystkim przemyślana twórczość, podbudowana historycznie i literacko, której semantyka to umyślne błądzenie, poszukiwanie prawdy pomiędzy światłem a ciemnością, lecz co ważne nie w mroku. Do dziś przechowuję duży ogromny album A- 4   w twardych okładkach z dedykacją „dla Zbigniewa…”,do którego to wydania (na kredówce) miło powracać i wspominać te zaczarowane chwile przenikające się wspólnie wtedy „na gorąco” a dziś „na żywo”  w sztuce.

Zbyszek Kresowaty